Wspomnienie z Lwówka Stefana Stablewskiego

Chciałbym zaprezentować Państwu wspomnienie Stefana Stablewskiego (1895 – 1985) o swych pobytach w Lwówku Wielkopolskim. Tekst pochodzi z książki Andrzeja Kwileckiego pt. „Ziemiaństwo wielkopolskie. W kręgu arystokracji. Poznań 2004”.  Jest to ciekawy, żywy obraz hrabiostwa Łąckich i stosunków panujących w Lwówku.

—————————————————————————————————————————————————

„Oto opis, dla którego pragnąłbym zapewnić sobie pomoc jakiejś dobrotliwej muzy! Bez niej nie uda się mi odpowiednio odtworzyć atmosfery domu, który od dzieciństwa naszego stanowił dla nas połączenie wykwintu z życzliwością, a którego gospodarze – Stefanowstwo Łąccy – byli uosobieniem: on męskiego i pańskiego wyglądu, a zarazem szlachetnej i mądrej osobistości, ona – dystynkcji i wzorowej pani domu, a co więcej, wzorowej pani dóbr własnych i mężowskich.
Między Łąckimi a moimi rodzicami istniały serdeczne stosunki: panowie byli nie tylko krewnymi – babki ich Sczanieckie siostrami – ale dalekimi sąsiadami. Ceradz i Lipnica (jej dobra, gdzie do 1900 r. zamieszkiwali), leżały w jednym powiecie (szamotulskim), głębsza przyjaźń łączyła panie. Matka nasza mawiała, że atmosfera domu lwóweckiego tchnęła jakby klimatem moralnym, w którym nie ma grzechu. Służba domowa zamieszkiwała osobną kamieniczkę, położoną po drugiej stronie ulicy – toć bryła pałacu lwóweckiego wrastała jednym bokiem w samo miasteczko. Nadawało to szczególne piętno całym tam stosunkom.

Dzisiejsi różni pisarze, a nawet naukowcy, upodobali sobie szermować słowem „feudalizm” i jakoby „feudalnymi” stosunkami, których reliktem miało być na wsi ziemiaństwo i w ogóle wszelki patronat wiejski.  Nie zgodziłby się na to wielki historyk Bobrzyński, który podkreślał, że w Polsce nigdy właściwego feudalizmu nie było, gdyż nie zakorzeniła się ani instytucja lenna ani pierworództwa. Jakby nie było – jeśli gdzie to w Lwówku wyczuwało się coś nie coś ze starodawnych związków społecznych, utrwalonych spełnianiem od pokoleń obowiązków przywództwa i opieki przez jedną stronę, a w odpowiedzi  na to – uszanowaniem i przyzwoleniem z drugiej.
Do Lwówka jeździliśmy często na święta Bożego Narodzenia, cała nasza czwórka (przyp.red. Stefan Stablewski i jego trzy siostry) wraz z rodzicami. Kaplica domowa  ułatwiała świąteczne praktyki religijne, nieraz tam służyłem do mszy i pasterek. Bywali tam księża jezuici z Krakowa, o. Bratkowski i o. Tuszowski, przy czym zaznaczam, że jezuici nie mogli legalnie przebywać na obszarze państwa pruskiego.  Jednakowoż w wielkie święta Lwówecki pan jeździł do kościoła parafialnego, choć byłby wolał iść pieszo, bo przesadnie oszczędzał konie wyjazdowe, często źrebne klacze wysokiej krwi, które czekać w zaprzęgu nie lubiły.  Gdy mu kiedyś do kościoła towarzyszyłem, nie mogłem nie zauważyć i do dziś pamiętam, jak oczy z całego kościoła na niego się zwracały. Gdy po skończonym nabożeństwie, po ucałowaniu na stopniach ołtarza świętej pateny, podanej mu jako kolatorowi, szedł do wyjścia, przez cały kościół otwierał się samorzutnie szpaler i czuło się ogólną życzliwość, z jaką ludzie czekali na tę defiladę. Nie chcę tu wprowadzać przesadnych akcentów, ale mimo woli przychodzi na myśl jakiś ceremoniał dworski, bo czyż i tu nie było miniaturowego dworu i pokrewnych założeń? Zresztą chętnie przyznaję, że grała tu również rolę przyjemność patrzenia jakby na przedstawienie, ta sama w kościele, co następnie poza kościołem – patrzenie na powóz i konie.
Jeśli chodzi o ceremoniał kościelny, to porównuję ówczesny obraz – może w Lwówku był on szczególnie reprezentacyjny – z kolatorem przy ołtarzu  przykładnie modlącym się, z obecnym widokiem w prezbiterium, nieraz szpetnie zapchanym babinkami. Feudalizm czy nie, ale był to inny świat, w którym było miejsce na scenerię! Idący świat technokratyczny zapewne znajdzie i dla kościołów nowy ceremoniał, toć pęd do ładu jest człowiekowi wrodzony.
Towarzyszyłem wujowi naszemu również przy wyjazdach z dwoma chartami, aby szczuć zające. Później zaniechał tego sportu i charty skasował.
Pobyty we Lwówku wiązały się z odwiedzaniem pobliskiego Posadowa, z jego starodawnymi alejami cisowymi oraz stadniną. Pamiętam tam sędziwego Władysława Łąckiego, urodzonego w 1820 r., ciotecznego brata mego dziada, jak  i żonę jego, Antoninę ze Skórzewskich, siostrę pani Hipolitowej Turno, babki mej żony. A obok tych przedstawicieli starego pokolenia, wykwitało najmłodsze, potomstwo dwóch córek za Tyszkiewiczami oraz jednej za Mycielskim, wszyscy ponad przeciętną miarę dorodni. Po Władysławie objął Posadowo jego syn Stanisław, brat Stefana.
Wspomniałem stadninę: otóż obaj bracia byli hodowcami i gdy na przełomie 1918/19 r. na tamtejszych terenach powstawały zaczątki 2 Pułku Ułanów Wielkopolskich (późniejszego 16-tego), zostały one zasilone końmi z obu majątków. Dzięki temu odbyłem kampanię 1920 r. na świetnym kasztanie lwóweckim półkrwi, którego rodowód sięgał do andaluzyjskiego ogiera, ongiś przez Melchiora Łąckiego ze sobą po napoleońskiej kampanii z Hiszpanii przywiezionego.  Tu go żegnam wierszem Imć Jana Chryzostoma Paska :

„Nie umiejętność moja to sprawiła,
Ale natura dobrym cię uczyniła;
Ta zaś łaskawość i kochanie z tobą,
Z tej okazyjej, żeśmy rośli z sobą!”

Pasek i poza tym tu na miejscu, że wuj Stefan lubił go czytać i bawiło go, że pamiętnikarz ożeniony był z wdową po Łąckim, choć nie z rodu Korzboków, i że pisał się z Gosławic, choć mnie nie wiadomo, czy tych samych, co kiedyś były ponoć Łąckich , a za naszych czasów Kwileckich.
Stefanostwo Łąccy byli bezdzietni, ordynacja Lwówecka, a tak samo i Posadowska, przeszły na Tyszkiewiczów wraz z nazwiskiem, zaś pani Stefanowa z dóbr swych Lipnickich utworzyła fundację na rzecz Sióstr Urszulanek „szarych”. Pałac Lwówecki mocno ucierpiał w pierwszych latach powojennych, być może że jak tyle innych obecnie wielkim kosztem zostaje lub zostanie odrestaurowany.
I jakże tu nie nawiązać do doli i niedoli Wersalu?”

Źródło : Ziemiaństwo wielkopolskie. W kręgu arystokracji. Red. naukowa Andrzej Kwilecki, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2004, s.556-558